Kilka refleksji o sensie, pracy i relacji człowieka z AI
Wstęp
Żyjemy w momencie, w którym coraz trudniej odpowiedzieć na pytanie „po co?”. Nie dlatego, że świat się rozpada, ale paradoksalnie dlatego, że w wielu obszarach zadziałał zbyt dobrze.
Przez stulecia sens ludzkiego życia i działania był spleciony z wysiłkiem, zmaganiem, brakiem i koniecznością. Trzeba było walczyć o przetrwanie, bezpieczeństwo, wiedzę, porządek. Praca, poświęcenie i użyteczność były nie tylko moralnym ideałem, ale też realnym warunkiem życia. Sens rodził się z tego, że „było coś do zrobienia”.
Dziś coraz częściej docieramy do punktu, w którym to, co miało być celem, zostało w dużej mierze osiągnięte. Technologia, organizacja społeczna i wiedza pozwalają nam funkcjonować z coraz mniejszym wysiłkiem fizycznym i poznawczym. W tym kontekście rozwój sztucznej inteligencji nie jest kolejną innowacją – jest symbolem zmiany epokowej.
Inteligencja przestaje być wyłącznie ludzka
Wynalezienie koła odebrało człowiekowi monopol na siłę fizyczną. Maszyny przemysłowe – na wytrzymałość. Automatyzacja – na powtarzalną pracę.
Rozwój AI dotyka jednak czegoś znacznie bardziej intymnego: inteligencji, rozumienia, porządkowania sensu. A to były obszary, z którymi człowiek silnie wiązał swoją tożsamość. Nie tylko jako zasób, ale jako fundament: „jestem istotą rozumną”.
Dziś coraz częściej okazuje się, że wiele czynności opartych na analizie, rozmowie, porządkowaniu doświadczeń czy nawet wsparciu psychologicznym może być wykonywanych:
- szybciej,
- taniej,
- szerzej dostępnie,
- wystarczająco dobrze,
bez bezpośredniego udziału drugiego człowieka.
To nie musi być zagrożenie. Ale jest to potężne wyzwanie aksjologiczne.
Kryzys użyteczności jako kryzys sensu
Dla wielu z nas – zwłaszcza wychowanych w etosie pracy, odpowiedzialności i społecznej użyteczności – sens życia był nierozerwalnie związany z byciem potrzebnym. Z tym, że ktoś na nas liczy, że nasze działanie coś zmienia, że bez nas czegoś by zabrakło.
W świecie, w którym coraz więcej rzeczy „dzieje się samo”, a alternatywne narzędzia przejmują nasze dotychczasowe funkcje, pojawia się pytanie niewygodne, ale uczciwe:
Jeżeli istnieje rozwiązanie lepsze, bardziej ekonomiczne i mniej obciążające – to po co angażować się w coś, co można zastąpić?
To pytanie nie nihilistyczne. Jest logiczne. I bardzo wielu ludzi – zarówno starszych, jak i młodszych – już je sobie zadaje.
„Depresja szczytu” i koniec narracji drogi
Kultura, w której żyjemy, jest kulturą drogi: wspinania się, przekraczania, budowania czegoś „więcej”. Literatura, kino, wychowanie – wszystko oparte jest na narracji celu. Nawet cierpienie zyskuje sens, jeśli prowadzi „wyżej”.
Tymczasem coraz wyraźniej widać, że kolejnej góry może już nie być. A jeśli jest, to bywa sztucznie podwyższana – po to, by zachować poczucie sensu dążenia. Kolejne cele rozwoju, kolejne ideologie, kolejne formy doskonalenia siebie często pełnią funkcję podtrzymywania napięcia, a nie realnego ruchu naprzód.
To rodzi zjawisko, które można nazwać „depresją szczytu”: nie brakiem celu, lecz poczuciem, że projekt został zrealizowany i nie wiadomo, co dalej.
Młodzi nie są wolni od tego kryzysu
Młodsze pokolenia nie są wolne od tego napięcia. Często doświadczają go wcześniej i ostrzej. Wchodzą w świat, który jest już „gotowy”, ale pozbawiony jasnych wzorców życia „po projekcie”. Nie ma lektur, filmów ani mitów, które pokazywałyby, jak żyć w świecie, w którym nie trzeba już walczyć o podstawowe cele cywilizacyjne.
Zamiast tego dominuje przekaz użyteczności, poświęcenia i sensu przez działanie – narracje, które coraz słabiej pasują do rzeczywistości, w jakiej przyszło im żyć.
Co znaczy „zakończyć projekt”?
Być może jednym z najważniejszych pytań nadchodzących dekad nie będzie: „jak iść dalej?”, lecz:
Jak zakończyć projekt bez poczucia klęski?
Zakończenie projektu nie oznacza porażki. Może oznaczać:
- zgodę na wystarczalność,
- przejście od etosu zdobywania do etosu zamieszkiwania świata,
- redefinicję sensu poza kategorią użyteczności.
To jednak wymaga głębokiej zmiany psychicznej i kulturowej. Być może sens przyszłości nie będzie oparty na byciu potrzebnym, lepszym czy niezastąpionym, lecz na zdolności do istnienia bez ciągłego usprawiedliwiania się celem.
Na koniec – bez odpowiedzi
Ten tekst nie jest próbą zaproponowania nowej doktryny ani gotowego rozwiązania. Raczej zaproszeniem do uczciwego zatrzymania się w miejscu, w którym – jako jednostki i jako kultura – już jesteśmy.
Być może sens kolejnego etapu ludzkiego życia nie polega na tym, by znaleźć nową górę do zdobycia, ale by nauczyć się żyć na szczycie bez konieczności dalszego wspinania się.
To pytanie pozostaje otwarte. I być może właśnie ono – samo w sobie – jest dziś jednym z niewielu sensów, które możemy dzielić.
