Podejście transmodalne w szukaniu pełnego obrazu i rozumienia psychoterapii

Od wielu lat zajmuję się psychoterapią i mam coraz silniejsze poczucie, że uczestniczę w procesie, który wykracza poza pojedyncze szkoły, nurty i paradygmaty. Im dłużej obserwuję praktykę kliniczną, języki teorii i rozmowy między terapeutami, tym wyraźniej widzę, że oryginalnie przeciwstawne podejścia zaczynają się do siebie zbliżać. Czasem dzieje się to nieświadomie, czasem pod postacią „nowych odkryć”, nowych terminów lub świadomej asymilacji. Dla mnie jest to proces nie tylko przewidywalny, ale wręcz nieuchronny.

Punktem wyjścia mojego myślenia jest bardzo proste założenie: człowiek jest jeden. Jest jeden organizm psychiczno-cielesny, osadzony w relacjach, historii i kontekście społecznym. Jeżeli to on jest przedmiotem naszej pracy, to różnorodność podejść nie może oznaczać różnorodności „obiektów”. Oznacza jedynie różnorodność map. A mapy – choć użyteczne – nigdy nie są terytorium.

Transmodalność jako rama myślenia

Z tego przekonania wyrasta moje zainteresowanie tym, co nazywam podejściem transmodalnym. Nie rozumiem go jako integracji szkół ani jako eklektycznego dobierania technik. Integracja próbuje pogodzić systemy, eklektyzm próbuje być pragmatyczny. Transmodalność natomiast próbuje zobaczyć coś głębiej: elementarne struktury i procesy zmiany, które ujawniają się dopiero wtedy, gdy patrzy się przez wiele modalności jednocześnie. Kiedy nakłada się na siebie różne języki opisu, zaczynają się wyłaniać wspólne kształty.

Coraz bardziej fascynują mnie właśnie te podstawowe, integralne czynniki leczące w psychoterapii. Nie jako „techniki”, ale jako operacje wykonywane na ludzkim doświadczeniu. Regulacja uwagi, modulacja afektu, relacyjna korekta, aktualizacja znaczeń, uczenie się nowych wzorców reagowania, integracja doświadczeń w czasie – te procesy pojawiają się w każdej szkole, choć pod innymi nazwami i z innym akcentem. Różne podejścia nie tyle robią coś zupełnie innego, ile wchodzą w ten sam system od różnych stron.

Konwergencja szkół terapeutycznych

Z tej perspektywy z dużym rozbawieniem, ale i z zainteresowaniem obserwuję, jak szkoły, które historycznie definiowały się w opozycji do siebie, zaczynają odkrywać „nowe” obszary, bardzo podobne do tych, które wcześniej były domeną innych nurtów. Praca z ciałem coraz częściej mówi językiem relacji i sensu. Podejścia humanistyczne coraz wyraźniej dążą do precyzji i operacjonalizacji zmiany. Terapie poznawczo-behawioralne zaczynają uwzględniać głębokie, automatyczne, nie w pełni dostępne świadomości procesy, choć rzadko nazwą je wprost nieświadomymi. Nie dlatego, że chcą się upodobnić do innych szkół, lecz dlatego, że bez tego przestają wystarczająco dobrze wyjaśniać ludzkie zachowanie i cierpienie.

Moje obecne zainteresowanie terapią schematów widzę właśnie jako kolejny etap tego procesu. Odbieram ją jako ruch w stronę myślenia strukturalnego i rozwojowego na gruncie podejść poznawczych. Nie jako zdradę ich tożsamości, lecz jako jej naturalne poszerzenie. Gdy pracuje się z trwałymi wzorcami relacyjnymi, emocjonalnymi i tożsamościowymi, trudno nie dotknąć tego, co dawniej było opisywane w języku psychodynamicznym. Zmienia się nazewnictwo, zmienia się uzasadnienie teoretyczne, ale obszar pracy pozostaje zaskakująco podobny.

Transmodalność a inne współczesne modele

W tym sensie transmodalność nie jest dla mnie próbą stworzenia nowej „superteorii” psychoterapii. Jest raczej sposobem myślenia, który zakłada, że każda szkoła pokazuje fragment większej całości. Dopiero wtedy, gdy przestajemy bronić granic własnego języka i zaczynamy traktować go jako jedną z możliwych map, pojawia się szansa na uchwycenie głębszej struktury. Struktury, która nie jest ani poznawcza, ani emocjonalna, ani cielesna sama w sobie, lecz dynamiczna, relacyjna i procesualna.

Coraz mocniej wierzę, że rozwój psychoterapii nie polega na mnożeniu paradygmatów, lecz na stopniowym odsłanianiu tego, co wspólne. Na dochodzeniu do gramatyki zmiany, a nie na doskonaleniu dialektów. Jeżeli rzeczywiście pracujemy z jednym człowiekiem, to nasze drogi – niezależnie od punktu startu – muszą się z czasem do siebie zbliżać. Nie dlatego, że chcemy, ale dlatego, że rzeczywistość kliniczna nieustannie nas do tego zmusza.

W tym miejscu warto doprecyzować, jak rozumiem relację między podejściem transmodalnym a innymi współczesnymi sposobami porządkowania myślenia w psychoterapii, takimi jak model sieciowy oraz podejście transdiagnostyczne. Coraz wyraźniej widzę je jako zbieżne kierunki rozwoju, ale działające na różnych poziomach opisu.

Myślenie sieciowe dotyczy przede wszystkim rozumienia etiologii i struktury problemów psychicznych. Odchodzi ono od linearnych, przyczynowych modeli na rzecz obrazu dynamicznej sieci wzajemnie wpływających na siebie elementów: emocji, przekonań, reakcji cielesnych, zachowań i kontekstu relacyjnego. W tym sensie zmienia ono sposób, w jaki myślimy o tym, „czym jest” zaburzenie i jak się ono utrzymuje. Z kolei podejście transdiagnostyczne porządkuje obszar diagnozy i konceptualizacji klinicznej, przesuwając punkt ciężkości z kategorii nozologicznych na procesy przekrojowe, wspólne dla wielu rozpoznań. Oba te nurty są wyrazem odejścia od dzielenia psychopatologii na sztywne byty i próby uchwycenia jej jako kontinuum procesów.

Podejście transmodalne, które opisuję, nie pokrywa się jednak ani z jednym, ani z drugim. Ono lokuje się na innym poziomie: poziomie oddziaływania terapeutycznego i rozumienia mechanizmów zmiany. O ile myślenie sieciowe pyta, jak zorganizowane są problemy, a transdiagnostyka – jak je konceptualizować i nazywać, o tyle transmodalność pyta, jakimi elementarnymi operacjami psychologicznymi realnie wpływamy na ten system, niezależnie od tego, jak go opisujemy.

W tym sensie transmodalność towarzyszy myśleniu sieciowemu i transdiagnostycznemu, ponieważ wyrasta z tej samej intuicji: zamiast dzielić, łączymy; zamiast mnożyć kategorie, szukamy struktur wspólnych. Jednocześnie nie zastępuje ona ani diagnozy, ani teorii psychopatologii. Uzupełnia je, wnosząc perspektywę praktyczną i procesową: pokazuje, że różne modalności terapeutyczne operują na tych samych węzłach sieci i tych samych procesach transdiagnostycznych, tylko przy użyciu różnych języków i punktów wejścia.

Dla mnie wszystkie te podejścia są wyrazem jednego, głębszego ruchu w psychoterapii: od fragmentaryzacji ku spójności, od ideologii szkół ku analizie doświadczenia klinicznego. Sieciowe rozumienie psychopatologii, transdiagnostyczna metodologia diagnozy i transmodalne myślenie o zmianie terapeutycznej spotykają się w tym samym miejscu – w próbie uchwycenia tego, co rzeczywiście dzieje się z człowiekiem w procesie cierpienia i zdrowienia. Każde z nich porządkuje inny wymiar tej samej całości, a dopiero razem zaczynają tworzyć obraz bliższy realnemu terytorium, a nie tylko jego mapom.

Zakończenie

Myślę o poszczególnych podejściach terapeutycznych jako o kształtach osadzonych w swoich paradygmatach. Każdy z nich ma własne kontury, własny język i własne punkty ciężkości, ale jednocześnie zawiera elementy zbieżne z innymi. Kiedy wyobrażam sobie te kształty nałożone na siebie, dopasowywane nie po nazwach, lecz po realnych procesach, zaczyna wyłaniać się nowa struktura. Nie jest to kolejna szkoła ani synteza, lecz obraz psychoterapii jako całości.

Patrząc w ten sposób, można zobaczyć mocne punkty psychoterapii, które powracają w różnych podejściach niezależnie od ich deklarowanej odrębności. Widać procesy, które muszą zaistnieć, aby doszło do zmiany terapeutycznej, niezależnie od tego, jak są nazwane i w jakim modelu osadzone. Jednocześnie ujawniają się obszary pomijane, niedoreprezentowane albo nadmiernie uprzywilejowane w poszczególnych nurtach. To spojrzenie pozwala zobaczyć zarówno luki, jak i nadmiary — miejsca, które w jednych podejściach są słabo obecne, a w innych rozwinięte z wyjątkową precyzją.

Właśnie w tym sensie podejście transmodalne daje możliwość uzupełniania obrazu psychoterapii. Nie przez rywalizację szkół ani przez ich mechaniczne łączenie, lecz przez świadome rozpoznawanie tego, co każda z nich wnosi do wspólnej struktury. Dzięki temu możliwe staje się bardziej odpowiedzialne i mniej ideologiczne korzystanie z dorobku psychoterapii jako dziedziny praktycznej, a nie zbioru doktryn.

Marzy mi się, aby osoby zajmujące się psychoterapią mogły widzieć swój obszar działania właśnie w taki przekrojowy sposób. Aby mogły wybierać metody, narzędzia i sposób myślenia nie dlatego, że są „właściwe” dla danej szkoły, lecz dlatego, że są dla nich najbardziej sensowne, spójne z ich sposobem pracy i adekwatne klinicznie. Aby wybór podejścia był oparty na skuteczności, rozumieniu procesów i realnym kontakcie z człowiekiem, a nie na lojalności wobec paradygmatu czy estetycznym zachwycie nad pojedynczym narzędziem.

W takim ujęciu psychoterapia przestaje być zbiorem konkurujących ze sobą systemów, a zaczyna być wspólną przestrzenią poszukiwania. Przestrzenią, w której różne mapy nie walczą o pierwszeństwo, lecz pomagają coraz lepiej orientować się w tym samym terytorium. A tym terytorium pozostaje niezmiennie człowiek – jeden, złożony, dynamiczny i zawsze wykraczający poza pojedynczy język opisu.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *