Większość moich pacjentów jest zdrowa.
Mówię to bez ironii i bez deprecjonowania powodów, dla których przychodzą. Mówię to jako obserwację kliniczną: to są ludzie sprawni, funkcjonujący, radzący sobie w życiu. Nie mają zaburzeń w sensie psychopatologicznym. Mają za to pytania — o siebie, o relacje, o to, czego chcą i dlaczego robią to, czego nie chcą. Przychodzą, żeby lepiej rozumieć swoje życie, nie żeby wyjść z choroby.
Przez długi czas nazywałem to psychoterapią, bo innego słowa nie miałem. W pewnym momencie powiedziałem jednemu z nich wprost: to, co robimy, prawdopodobnie nie mieści się w tym, co powinienem nazywać psychoterapią. Odpowiedział bez namysłu: nie wiem, jak to nazwiemy, ale mi to pomaga, chcę z tego korzystać. I tyle.
Zostałem z tym zdaniem. I z pytaniem, które od tamtej pory nie daje mi spokoju: jeśli to nie jest psychoterapia — to czym jest? I czy brak nazwy to tylko mój problem terminologiczny, czy coś więcej?
Żyjemy w osobliwym momencie psychologicznej samoświadomości. Nie pierwszym.
Przez ostatnie dekady kolejne kategorie psychologiczne i psychiatryczne stawały się językiem tożsamości. Wymiar introwertyzmu i ekstrawertyzmu — znany psychologii od lat, zakorzeniony w badaniach nad temperamentem — nagle stał się dla wielu osób czymś w rodzaju objawienia. Ludzie odkrywali, że są introwertykami, jakby otrzymali nową tożsamość w prezencie. Potem przyszły kolejne fale. Depresja weszła do języka potocznego i przestała oznaczać wyłącznie jednostkę kliniczną, zaczęła opisywać każdy dłuższy epizod przygnębienia, zastępując staromodne spleen i chandrę. Autyzm zyskał spektrum — co z naukowego punktu widzenia jest uzasadnione, ale w przestrzeni publicznej stało się zaproszeniem do bardzo szerokiej identyfikacji. Wysokowrażliwość — pojęcie wątpliwe naukowo, za to niezwykle chłonne — stała się etykietą dla każdego, kto czuje intensywnie. Teraz króluje ADHD. Trudno dziś znaleźć osobę między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia, która choć raz nie zastanawiała się, czy jej roztargnienie, impulsywność i trudność z kończeniem projektów nie jest właśnie tym.
Nie mówię o tym złośliwie. W każdym z tych zjawisk jest coś wartościowego — poznanie kategorii, która opisuje twoje doświadczenie, i odkrycie, że nie jesteś z nim sam, ma rzeczywisty porządkujący efekt. Wiedzieć, że twój sposób funkcjonowania ma nazwę, że inni go rozpoznają, że są badania i literatura — to nie jest mało.
Problem zaczyna się gdzie indziej. Kategorie tworzone na potrzeby psychopatologii — do opisu zaburzeń, dysfunkcji, cierpienia klinicznego — zaczęły funkcjonować jako ogólny język różnic indywidualnych. W efekcie wiele osób interpretuje swoje doświadczenia w kategoriach zaburzeń, mimo że z punktu widzenia klinicznego mieszczą się w normie.
Specjalista z doświadczeniem klinicznym doskonale widzi tę różnicę. To nie jest różnica subtelna ani kontrowersyjna — to różnica w poziomie cierpienia, trwałości objawów i ograniczeniu funkcjonowania. Zaburzenie oznacza określony próg, poniżej którego zwykłe życie staje się trudne lub niemożliwe. Zdecydowana większość osób, które dziś rozpoznają u siebie zaburzenie, tego progu nie przekracza. Są to ludzie interesujący, często intensywnie przeżywający, z wyrazistymi cechami — ale zdrowi w sensie psychopatologicznym.
To zdanie nie jest deprecjonowaniem ich doświadczeń. Jest stwierdzeniem klinicznym. I jednocześnie postawieniem pytania: jeśli ich potrzeba nie jest lecznicza — to czym właściwie jest i jak ją nazwać?
Psychoterapia pochodzi od greckiego therapeýō — leczyć, pielęgnować. W tym sensie jest działaniem leczniczym, skierowanym na zaburzenie rozpoznane według aktualnych klasyfikacji — ICD-11, DSM-5-TR — z całą świadomością, że te klasyfikacje są historycznie zmienne i kulturowo uwikłane. Psychoterapia zaczyna się od diagnozy i prowadzi ku zdrowiu. Należy do obszaru klinicznego.
Obok niej istnieje inny obszar — pracy z człowiekiem zdrowym, który chce rozumieć siebie głębiej, regulować się skuteczniej, myśleć i działać bardziej przytomnie. Ten obszar nie ma dziś dobrej nazwy. Coaching bywa nadużywany i nie jest zakorzeniony w psychologii klinicznej. Poradnictwo brzmi doraźnie. Self-help to osobna, niekoniecznie kompatybilna tradycja.
Proponuję termin psychoanaptyka — od greckiego anaptýssō: rozwijać, otwierać, rozkładać na warstwy. Ten sam model słowotwórczy co psychoterapia. Inne zadanie. Psychoanaptyka to praca prorozwojowa oparta na wiedzy psychologicznej, skierowana na większą samoświadomość, lepszą samoregulację i pełniejsze rozumienie własnego funkcjonowania. Nie wymaga diagnozy w sensie klinicznym, nie jest leczeniem. Dotyczy osób, które mieszczą się w normie — i właśnie dlatego zasługuje na własne pojęcie, a nie na pożyczanie języka psychopatologii.
Rozróżnienie, które proponuję, nie hierarchizuje tych dwóch porządków. Zaburzenie i rozwój to nie jest skala z chorobą na dole i doskonałością na górze — to są różne rodzaje ludzkich potrzeb, wymagające różnych form pracy. Psychoterapia leczy. Psychoanaptyka rozwija.
Mój pacjent, który powiedział że nie obchodzi go nazwa — miał rację w tym, co najważniejsze. Jemu pomaga. Mnie też ta praca odpowiada. Ale nazwa okazuje się ważna — nie dla niego, lecz dla precyzji myślenia o tym, czym się zajmujemy i po co.
